GAZETA ZIELONOGÓRSKA Logo 24-12-1964

Dziewiętnastu odważnych z grupy Babunaszwilego.

Ucieczka.



Dziewiętnastu odważnych z grupy Babunaszwilego.

Nie jesteśmy pierwsi. Radzieckie „Izwiestia”, cała  prasa słonecznej Gruzji, a także niektóre gazety polskie zadrukowały już wiele szpalt, aby przedstawić czytelnikom sensacyjne szczegóły jednego z epizodów polsko-radzieckiego współdziałania na ziemiach polskich w latach okupacji hitlerowskiej. Jest to historia ucieczki grupy gruzińskich jeńców wojennych z jednego z niemieckich miejsc pracy przymusowej oraz również niezwykłych okoliczności odszukania po 21 latach, pozostałych przy życiu bohaterów tamtego wydarzenia. Tak się złożyło, że z niektórymi uczestnikami akcji bez kryptonimu, mieliśmy okazję spotkać się i rozmawiać właśnie... w Zielonej Górze.

...Sala Kongresowa Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. Kwiecień 1964. Uroczysta akademia z okazji 19 rocznicy podpisania Układu o wzajemnej współpracy, pomocy i przyjaźni między Polską a Związkiem Radzieckim. Przemawia Władysław Gomułka, a po nim ambasador Aristow.W pewnej chwili cytuje fragment listu Szałwy Babunaszwili z Tbilisi, który poszukuje lekarza zapomnianego z nazwiska Polaka – głównego organizatora ucieczki grupy jeńców – a któremu pozostali przy życiu partyzanci pragnęliby w 20-lecie PRL wyrazić swą głęboką wdzięczność i podziękowanie. Proszą o pomoc ambasodora i władze polskie. Nie wszyscy dziennikarze  dostrzegli w tej krótkiej wzmiance „temat”. Redaktor naczelny „Chłopskiej Drogi” Mieczysław Róg-Świostek, sam b. Partyzant, pierwszy ocenił szanse. Po kilku dniach właśnie w tym periodyku ukazuje się pełny tekst cytowanego przez Aristowa listu. Tytuł zapytywał: „Kto zna tego lekarza?”. Nawet w redakcji która zainicjowała poszukiwania nikt nie wierzył, że wkrótce uda się wyjaśnić ten znak zapytania. Zaledwie po kilku dniach w redakcji odebrano telefon. Mieszkaniec wsi Lipie z okolic Radomia – Antoni Lipiec – informował, że to właśnie on jest jednym z trzech ludzi podziemia, którzy we wrześniu 1943 roku, działając w Batalionach Chłopskich Kielecczyzny, ułatwili ucieczkę również tej grupie radzieckich żołnierzy a poszukiwany lekarz nazywa się Tadeusz Podbielski i mieszka prawdopodobnie w Międzyrzeczu w województwie zielonogórskim. Taką przynajmniej miał o nim ostatnią wiadomość. Trop nie był fałszywy. Tadeuszowi Podbielskiemu trudno było początkowo uwierzyć – Babunaszwili? A więc przeżył... zaraz ile to upłynęło lat...

Bronił się jeszcze Stalingrad. Do Lipy, jednego z peryferyjnych majątków „niemieckiego wschodu” – utworzonego jako aprowizacyjne zaplecze frontu – nadszedł kolejny transport bezpłatnej siły roboczej. Gruzini – czarnowłosi chłopcy, wycieńczeni od ran poniesionych na froncie, podłego obozowego wiktu i batów, których Niemcy nie żałowali nie tylko cywilom lecz także chronionym konwencjami jeńcom wojennym. Zatrudnieni w Lipie Polacy, nie wyceniając ryzyka, od pierwszych dni pomagali współtowarzyszom niedoli, bodaj suchą kromką chleba, na miarę skąpych możliwości własnej spiżarni. Podbielski wraz z żoną Zofią, zakonspirowani łącznicy walczącego podziemia, pozornie żyli w komitywie z administratorami Liegenschaftu, utworzonego w Lipie jeszcze w roku 1940, po całkowitym wysiedleniu chłopów wsi rejonu Warka – Radom. „Polnische doktor”, dla odwrócenia uwagi Niemców, musiał sumiennie krzątać się wokół hodowlanych interesów „kuchni Wermachtu”, ale miało to tę dobrą stronę, że dawało szansę uszczknięcia z niej niejednej kalorycznej porcji dla poratowania głodnych.  Skopowiną przemycaną pod białym fartuchem nie jeden raz krasili postną, jeniecką repetę Gruzini z grupy Babunaszwilego. Zwyczajne „spasibo”, które w tych okolicznościach znaczyło wszystko, odbierała Zofia, wyspecjalizowana w przechytrzaniu Niemców nie tylko w sytuacjach, gdy chodziło o doręczenie żywności. Potem było „spasibo” ostatnie. I kartka doręczona przez łącznika: „Proszli, żywi i zdrowi. Posyłajem priwiet B”.

Podbielscy mogli już teraz spać spokojnie, choć Babunaszwili na czele osiemnastu odważnych miał jeszcze wiele nocnych marszów ścieżkami łukowskich i parczewskich lasów, by w końcu po przeprawie przez Bug dołączyć do radzieckich oddziałów partyzanckich w obwodzie brzeskim. O tym jednak Podbielscy nie mogli wiedzieć. Podobnie jak nie wyśniło im się nawet, że kiedykolwiek jeszcze spotkają w życiu swoich Gruzinów. Na gruzach  Reichstagu  łopotał jeszcze czerwony sztandar zwycięzców, jeszcze wielu z tych którzy przeżyli piekło wojny nie mogło oswoić się z myślą, że nareszcie koniec, kiedy dr. Podbielski, już w czerwcu 1945, w pierwszej fali osadników zdążał do powiatowego miasta na Ziemi Lubuskiej, by objąć stanowisko lekarza weterynarii.

Od razu wpadł wir pracy. Własnoręcznie skleconym rowerem objeżdżał dziesiątek wsi, organizując od podstaw hodowlę w zagrodach napływających rolników. Lata zaangażowania w odbudowę zniszczonych ziem, oddaliły przeżycia z czasów, które tak męczyły. Zatarły się w pamięci szczegóły tamtej ucieczki z Lipy, bo nawet przyjacielskie słowa wpisane do pamiętnika przez  Teofana Kunczulię z Batumi na 3 dni przed tym wydarzeniem, stały się z czasem mało czytelne. Zresztą międzyrzecki lekarz jest skromny. Tylko czasem, przy wigilijnym stole, w rodzinie Podbielskich wspomina się wspólne niebezpieczne wyprawy do leśnych szałasów – po druki, tylko za czytanie których groziła niemiecka kula, po broń i amunicję, tajną radiostację. Tam, w dalekiej Gruzji nie zapomniano, tym bardziej Babunaszwili wraz z pozostałymi przy życiu uciekinierami z  Liegenschaft Lipa zapragnęli wyrazić swą wdzięczna pamięć podczas osobistego spotkania z Podbielskimi, jeśli w ogóle żyją i uda się ich odszukać. Reszta – wiadoma. Łańcuch poszukiwań zamknął się szybko, dzięki cytatowi z referatu radzieckiego ambasadora, dociekliwości polskich dziennikarzy i wskazówkom udzielonym „Chłopskiej Drodze” przez Antoniego Lipca, wiceprezesa gminnej spółdzielni w Glowaczowie.

*. VII. Do mieszkania pp. Podbielskich przy ul. Staszica 5 doręczono list, który przewędrował 5 tysięcy kilometrów. Bez małą 21 lat dzieliło tę korespondencję od tamtego „priwietu”  przesłanego do Lipy z trasy ucieczki. Szałwa Babunaszwili pisał: _ Dzień dzisiejszy jest dla mnie dniem radości. Często myślę o Was i wspominam nasze spotkania. Towarzysze, którzy dzięki Wam mogli uciec wraz ze mną i którzy pozostali przy życiu, wspominają Wasz bohaterski, ryzykowny czyn, jakim było zorganizowanie ucieczki naszej grupy. Niepokoiliśmy się bardzo o Wasze dalsze losy. Przecież Niemcy przy najmniejszym podejrzeniu o Waszym udziale w zabiciu niemieckiego oficera, nie oszczędziliby Was... List opowiada o dalszych partyzanckich i wojennych przeżyciach autora i jego towarzyszy. Słowa bez przerwy przeplatają się wciąż wyrazami podziękowania dla polskich patriotów. – Bardzo Was proszę – zwraca się jeszcze do Podbielskiego – o przekazanie wyrazów pamięci i wdzięczności przewodnikowi naszej grupy. Zapoznaliście mnie z tym towarzyszem. Prosimy także o przekazanie naszych gorących podziękowań owemu przewodnikowi, który nas przeprawił przez rzekę Wisłę. Dziękujemy również wszystkim członkom podziemnej organizacji i uczestnikom kolacji zorganizowanej w celu umożliwienia nam ucieczki... I na koniec zaproszenie. Przez 3 tygodnie , wyrywali sobie Zofię i Tadeusz Podbielskich, jako najmilszych przyjaciół, gościnni Gruzini. W gazetach roiło się od zdjęć i relacji, przedstawiających wzruszający moment tego spotkania w Tbilisi oraz dawne dzieje z Lipy, które już wówczas na ziemiach polskich nadawały żywy sens słowom: Przyjaźń znaczy drużba. Hołubiono ich na każdym kroku, poznawano wszędzie. Każdy chciał bodaj trącić się z bohaterami dnia, pucharem najprzedniejszego wina z najprzedniejszych winnic Gruzji.  Na specjalnej audiencji przyjął ich przewodniczący Rady Najwyższej Republiki. Zaledwie w miesiąc później rewizyta. Szałwa Babunaszwili, Lewan Gamcemlidze oraz Szałwa Kobiaszwili – byli już w Międzyrzeczu. Polscy gospodarze okazali się niemniej gościnni. Niedługo jednak mogli tu zabawić. Międzyrzecz był tylko przystankiem, bo wszystkim spieszno było do Lipy i okolic, na umówione spotkanie z anonimowymi wówczas współorganizatorami ucieczki.


Ucieczka

Czto na frontach? Stalingrad dierżysta? – Babunaszwili zadowolony był z odpowiedzi. Armia Paulusa w okrążeniu. Fryce nareszcie dostają lanie. Dobre wieści Podbielskiego smakowały bardziej niż kromka ukradkiem porzuconego chleba. Gdyby nie lekarz z żoną, Szałwa i osiemnastu  towarzyszy, tu w Lipie musieliby się czuć jak ludzie całkowicie odcięci od świata. I gdyby nie oni, kto wie czy w ogóle zrodziłby się plan tej ucieczki... Zofia nie domyślała się nawet, że moment przekazania jej przez łącznika BCH zapisanej kartki, nie uszedł uwagi chłopcom z Batumi i Tbilisi. To zadecydowało.

– Dajcie przewodnika. Będziemy wiać. Do swoich. Do lasu – wyrecytował jednym tchem najmłodszy i najbardziej przedsiębiorczy z grupy 19 Gruzinów zatrudnionych w rolniczym Liegenschafcie, zorganizowanym tu przez Niemców dla frontu wschodniego. – Ufamy wam doktorze. Podbielski vel Łomża nie tracił czasu. Wiedział do kogo się zwrócić. Przecież działające w okolicy BCH nie jeden raz   patronowało takim przedsięwzięciom. Pomagało wyprowadzać na partyzanckie ścieżki nawet większe grupy radzieckich jeńców – z Jedliny, Kruszyny, Wierzchowiny, z Gachówka i Górnych Świerży.  

Minął zaledwie tydzień. W pobliskim lasku czekał na Gruzina łącznik polskiego podziemia. – Umowny znak, dwa żółte kwiatki w ręku czekającego. Ty je też musisz mieć a na hasło Tbilisi, odpowiedzieć Batumi – instruował przedtem Podbielski.

Po spotkaniu delegata z Piotrem Mikosem ps. Ptak, którego nazwiska zgodnie z konspiracyjną taktyką nie znał nawet Łomża, małżonkowie Podbielscy ukuć musieli  ostatnie już w Lipie ogniwo ucieczki. Należało ją przygotować tak aby nie narazić na represje pracujących tu również polskich robotników, zwłaszcza, że niemieccy administratorzy a przede wszystkim feldfebel Rose mogli już zwietrzyć kumanie się Polaków z Gruzinami. Kluger polnischer doktor – jak nazywali Niemcy obrotnego lekarza umiejętnie musiał pozorować wobec nich lojalność aby tym łatwiej móc działać. Aranżuje sytuacje, która powinna zamienić się w libację suto zakrapianą bimbrem, a uprzedzonym Gruzinom, ułatwić zdobycie broni z poręcznego magazynu, powierzonego pieczy feldfebla. Przekonuje administratora majątku:

- Ta piękna świnka, mein lieber Herr, musi niestety pójść pod nóż. Wygląda zdrowo, ale serce ma zaatakowane rakiem. Zdechnąć może w każdej chwili, lepiej więc urządzić świniobicie. Sprzeciwu  nie było. Jeszcze tego samego dnia wieczorem w mieszkaniu administratora zabrało się całe towarzystwo Liegenschaftu. Do biesiadnego stołu dopuszczono też lekarza z żoną, jakby z wdzięczności za niespodziewaną wyżerkę na koszt Fuehrera i rozproszenie lipieckiej nudy. Tylko Podbielscy wiedzieli, że  ten wrześniowy wieczór nudny rzeczywiście nie będzie. Wszyscy już mieli dobrze w czubie, feldfebel Rose, prawnik w cywilu, najgłośniej pomstował bolszewikom za stalingradzkie kłopoty armii Paulusa. I jeszcze za to, że jego liebe Mutter wypłakała oczy po stracie trzech synów w okopach wschodniego frontu.

Po tych tragediach, ostatniej nadziei rodziny Rose pozwolono zadekować się tu w Lipie z dala od miejsc gdzie kule świstają. Gdy tak rozprawiano, przekrzykując się nawzajem w rozgwar  niemieckiej mowy uderzyło gromkie: - Ruki w wierch!! W wywarzonych z trzaskiem drzwiach stał z automatem gotowym do strzału – Szałwa Babunaszwili. Błyskawicznie zza jego potężnych pleców, wtargnęli do salonu, uzbrojeni w broń z rozbitego przed chwilą magazynu ostatniego z Rosów, pozostali napastnicy. Feldfebel nie docenił sytuacji. Próbował ratować się ucieczką, skacząc przez okno... prosto na celowniki ubezpieczających akcję Gruzinów. Rozległy się strzały.

Operujący w mieszkaniu musieli się teraz spieszyć. Wystrzały mogły przecież zaalarmować żandarmerię z pobliskich posterunków. Trzeba było zrezygnować z pierwotnego planu zamknięcia wszystkich biesiadników w piwnicy. Pozrywano więc tylko telefony a przylepionym ze strachu twarzami do ściany, zakazano opuścić ten dom przed nastaniem świtu. Pod karą śmierci! Teraz należało tylko zagwarantować murowane alibi głównemu reżyserowi tej wieczerzy. Szałwa musztrując wylęknionych Niemców, podbiegł do doktora i sprawił mu lanie wcale nie na niby. Potężny kopniak zwalił Podbielskiego z nóg i miał być nauczką, że Polakowi z okupantem nie godzi się współpracować.

Miejsce zbiórki było wyznaczone. Czekał tam już przewodnik „Zygand” – ten sam człowiek, który po 21 latach, mieszkając nadal w Lipie wskazał dziennikarzom „Chłopskiej Drogi” adres poszukiwanych przez Babunaszwili i towarzyszy doktora i jego żony Zofii. Droga do partyzantki stała otworem.


Antoni Łusiak i Czesław Kwaśny . Zapisz
rtf
Archiwum dr. Podbielski