| |
Chłopska Droga |
Logo | 31-01-1965 |
|
|
|||
| Silniejsza od upływu lat... | |
||
|
|
|||
|
„Lecz inną pieśń jeszcze,
O obcym narodzie, Do siodła przytroczył Towarzysz w pochodzie I śpiewał, choć rodak, Tutejszy jak ja: - Grenada Grenada, Grenada maja!” (M. Swietłow) O przyjaźni można mówić nieskończenie. Bo nie ma drugiego uczucia ludzkiego tak urzekająco pięknego i szlachetnego, tak prostego i cennego w swojej bezinteresowności. Jego siła i wielkość objawia się nie w doli szczęsnej, lecz złej i bezlitosnej. Z ducha przyjaźni rodzą się czyny serdeczne, kiedy człowiek rzuca na szalę losu drugiego człowieka swe najkorzystniejsze wartości. Owa chwila niezwykła zbliża i wiąże ludzi na zawsze. Pamięć o niej, pamięć wdzięczna i oddana, bo unosząca skarb największy wiarę w godność człowieczą, towarzyszy przyjaciołom dozgonnie. Przemożne to uczucie, skoro, zdolne jest wytrzymać i próbę czasu i oddalenia, skoro wierne jest, stałe i niezachwiane, skoro cementuje silniej nad więzy krwi nawet ludzi obcych sobie plemiennie. Tak pamiętać, takim darzyć się braterstwem potrafią tylko ci, którzy nie uchylali się od gotowości złożenia sobie ofiary najcenniejszej – daniny własnej krwi. Więc dlatego zaduma spotykających się po latach przyjaciół jest zadumą ludzi pochylonych nad taflą życia, którzy oglądają się w niej ze wzruszeniem swe własne, niczym nie skażone oblicza. Kim był przyjaciel, kim był druh Przyszło ongiś smagłolicemu Szalikó rozstać się z rodzinnym domem w słonecznej Gruzji i trzymać straż na mglistym Bałtyku. I oto wojna zaskoczyła go w rejonie Rygi, gdzieś pod Lipawą. Już w pierwszych dniach tragicznych zmagań z teutońską nawałą został ciężko ranny. Ocknął się na łóżku szpitalnym w Milawie, a potem znalazł się w hitlerowskiej niewoli. Z nią przyszedł czas najgorszych dla niego prób. Lecz miał ten łut szczęścia i siłę młodości. Przetrwał. I selekcję morderczego etapu w Königsberg i katownie w Białej Podlaskiej. Zagnano go potem pod Radom. Z grupą dwudziestu swych rodaków i towarzyszy niedoli – jak on, Gruzinów – trafił wreszcie do niemieckiego majątku we wsi Lipa, niedaleko Kozienic. Śmiertelna nienawiść do wroga i żołnierska powinność ślubowania ojczyźnie każą mu nie ustawać w poszukiwaniu wyjścia z tej sytuacji. Gorące serce ma Szalikó, lecz myśli zimno. Obserwuje uważnie tych, z którymi stykać mu się nie wolno – pracujących tu z przymusu Polaków. Szczęśliwym trafem staje się mimowolnym świadkiem przejmowania konspiracyjnej prasy przez żonę polskiego lekarza weterynarii. A więc uchwycił ślad organizacji. Oto jest szansa! Stara się zbliżyć do tego chmurnego lekarza, który maskując szorstko każdy odruch współczucia, wspomaga ich w głodzie i chłodzie. W ukradkowych, przelotnych spotkaniach zadzierzga się między nimi nić braterska. Szalikó okrywa w końcu karty. Musi wyjść stąd z towarzyszami, za wszelką cenę. Lekarz usiłuje tłumaczyć całą beznadziejność takiego przedsięwzięcia, lecz od pomocy się nie uchyla. Radziecki jeniec i syn podbitego narodu przystępują w najgłębszej tajemnicy do organizacji ucieczki całej grupy. Plan jest śmiały, ale ryzykowny. Każdy błąd w jego ogniwie grozi katastrofą. Sprawę przerzucenia Gruzinów przez naszpikowany Niemcami teren, bierze na siebie miejscowa komórka BCh. Doktor jest z nią w stałym kontakcie. W oznaczonym czasie rozpoczyna się we dworze hulanka. Zjawiają się na niej Niemcy strzegący majątku, zaproszeni przez doktora. Gdy ucztującym beztrosko gościom alkohol uderzył do głowy, na scenę wkroczyli właśnie aktorzy – jeńcy, z zawładniętą w międzyczasie z magazynu bronią swoich stróżów. Krótko brzmi rozkaz i szybko podnoszą się do góry ręce biesiadników. Doktor ostentacyjnie protestuje. W odpowiedzi tęgi kopniak, otrzymany od smagłego Gruzina, powala go na podłogę. Szalikó dobrze gra swoją rolę, ściśle według ustalonego z doktorem scenariusza. Hitlerowski komendant korzysta z chwili nagłego zamieszania. Wyskakuje przez okno. Na podwórzu natychmiast huczą strzały. Niemiec wali się na murawę. Niebawem gdzieś daleko niebo zakwita rakietami. Trzeba się spieszyć! Ucieczka jest już faktem. Zbrojni w karabin maszynowy, pistolety automatyczne i granaty, przedzierają się śmiałkowie na wschód. Tylko sobie znanymi ścieżkami, wiedzie ich przewodnik – żołnierz BCh. Przy jego pomocy przeprawiają się przez Wisłę. Wsiąkają w lasy parczewskie. Staczają w nich kilka dramatycznych walk. Forsują potem Bug w rejonie Domaczewa. Dołączają wreszcie do radzieckiego oddziału partyzanckiego im. Woroszyłowa, z brygady im. Lenina. Tam Szalikó zostaje komendantem grupy dywersyjnej. W licznych bojach daje wiele dowodów odwagi i męstwa. Walczy na Białorusi, Ukrainie i w Polsce. Podczas ataku na hitlerowską strażnicę nad Bugiem, w powiecie włodawskim zostaje ciężko ranny odłamkami granatu. Przez wiele dni i nocy wiozą go towarzysze furmanką do odległego o 600 km punktu, skąd zostaje przetransportowany do szpitala w Moskwie. Wylizał się. Znowu wraca w szeregi walczącej partyzantki... Pamięć nie umiera A potem skończyła się wojna. Powrócił Szalikó do rodzinnego domu, który wznosił, który kochał, którego bronił. Wrócił bogatszy o doświadczenie i mądrość, co stały się udziałem tych wszystkich, którzy bez reszty przeżyli piekło i chwałę zmagań o wolność i lud. Poznał przemożną siłę ludzkiego braterstwa, w dwójnasób ceniąc ją z latami. Myślał o swym polskim przyjacielu, dzięki któremu zdołał z towarzyszami zrzucić okowy i podjąć broń wytrąconą z ręki. Poszukiwał go niejednokrotnie, lecz bezskutecznie. Przewalająca się fala zdarzeń i doznań wojennych, zatarła mu w pamięci nazwisko lekarza. Ostały się w niej jedynie imię jego żony – zawsze pogodnej pani Zofii, co tyle serca okazywała jeńcom – i nazwa wsi, w której tych dwoje ludzi torowało im drogę do wolności. Wiosną ubiegłego roku, owego roku, w którym ojczyzna jego niezapomnianego druha święciła swoje XX-lecie, raz jeszcze pisze do Warszawy. Była już pełnia lata. Szykował się właśnie Szałwa Serapienowicz Babunaszwili – bo tak brzmi pełne nazwisko Szalikó – do dalekiej podróży, z rodzinnej Gruzji aż na Białoruś. W XX rocznicę wyzwolenia swojego miasta, mieszkańcy Brześcia zaprosili do siebie byłych żołnierzy, którzy w latach wojny wyróżnili się w walce z okupantem. Więc jedzie i on, były dowódca dywersyjnej grupy partyzanckiej. Tam, w nadbużańskich mokradłach i wertepach zdobywał prawo do tego zaszczytu. W zadumę popadł Babunaszwili. Świcie ty miły! Czas ledwie co przeszły, a już rocznica, co zniewala do patrzenia wstecz. Kim to on jest dzisiaj? Głównym buchalterem sanatorium „Szachtior” w Cchałtubo. Ciągle bilansuje miliony, a nigdy dotąd nie próbował sumować dni oddalających go od zdarzeń, co stopiły się już z historią. Z tą historią, której w szkole uczą się jego dzieci. A tu ciągle jak żywe nawracają wspomnienia. We mgle czasu ciągle ostro rysują się twarze dwojga ludzi, którzy swój los położyli na szalę cudzych losów. Jak dziś widzi czworo gorejących oczu, w milczeniu życzących im szczęścia, i słyszy trzask zawieranych drzwi. Jakże niewielu pozostało ich przy życiu spośród tych, którzy przed dwudziestu jeden laty brnęli w nadwiślańskich iłach i łozinach, zdążając za nikłym cieniem swego przewodnika... W chwili takich zamyśleń zapukał do drzwi Babunaszwilego listonosz, ów zwiastun nowin zazwyczaj nieoczekiwany. Zostawił na stole list. Obcy znaczek, a na odwrocie koperty nazwisko nadawcy: „Zofia Podbielska, Międzyrzecz Wielkopolski, ul. Staszica 5”. „Drogi przyjacielu!” – czyta Szałwa – „Jakże jesteśmy radzi, że odnaleźliśmy się po tylu latach, że z ciężkich walk wyszliście cało. Często Was z mężem wspominamy. Ciągle widzę Waszą groźną twarz, kiedy to ze zdobytą bronią weszliście do tej izby, gdzie jedliśmy pamiętną kolację. Ryzykowaliście wtedy wszystko. Udało się. Po dwóch tygodniach otrzymaliśmy od Was pozdrowienia i wiadomość, że jesteście żywi i zdrowi. Cieszyliśmy się bardzo. Nam też było ciężko. Jakoś to przeszło, choć mogło być gorzej... Kilka tygodni temu przyjechał do Polski wasz minister Kikur. U nas wtedy odbywały się „Dni Gruzji”. Napisałam do niego list, w którym prosiłam, żeby pomógł Was odnaleźć. Ale list wrócił z dopiskiem „adresat nieznany”. Widocznie ktoś poplątał. Zamierzałam pisać do Ambasady Radzieckiej w Warszawie, albo prosto do Moskwy. Lecz Wyście mnie uprzedzili...” Więc nie umarła pamięć. Ni z tej, ni z tamtej strony wody. Schodzą się ludzkie drogi Za oknem – grudzień. W gabinecie redaktora naczelnego „Chłopskie Drogi” nastrój odświętny. Otrzaskani jesteśmy z ludzkimi sprawami, a jednak to, czego dzisiaj doznajemy, zyskuje rangę niezapomnianego przeżycia. Oto tutaj, w tej redakcji, przed niewielu miesiącami, otrzymaliśmy list nadesłany z Gruzji od byłego partyzanta radzieckiego, który na polskiej ziemi pozostawił kawałek swego serca. Poszukiwał lekarza, który jemu i jego dwudziestu rodakom dopomógł w ucieczce z hitlerowskiej niewoli, choć akt tej braterskiej solidarności wobec jeńców, mógł okupić życiem. Stąd rozszedł się po kraju ów list w tysiącach egzemplarzy, opublikowany na łamach naszej gazety, z pytaniem do czytelników: „Kto zna tego lekarza?” Tu odezwał się potem telefon z Głowaczowa: prostoduszny mieszkaniec Lipy, były żołnierz BCh, ujawnił po latach nazwiska uczestników prostego czynu. Stąd także wyruszyliśmy za śladem jednego z tysięcy cichych dotąd epizodów czasu minionej wojny, by w końcu odgrzebać i o nim prawdę, tak prostą w swej wymowie. Dotarliśmy do tych, którzy bezpośrednio przyłożyli ręki do nadania biegu epizodowi w Lipie. (Nie odnaleźliśmy już całego łańcucha rąk ludzi dobrej woli, bez którego nie byłoby mowy o ucieczce) Tutaj wreszcie ujrzała światło dzienne opowieść o zadzierzgniętym niegdyś przymierzu serc pomiędzy synami dwóch narodów, o poniewieranej wolności, co prostowała się w nich ludzką godnością. Daliśmy świadectwo tej prawdzie, bo, jak mówi poeta: „Trzeba jeszcze, żebyśmy pokoleniu
Powiedzieli to co należy – W bajce, w wierszu, i żeby tam przenikł Czar i magia, w którą uwierzy”. I oto koło się zamknęło. Nasza opowieść ożywiła się ludźmi z krwi i kości – jej prawdziwymi bohaterami. Siedzą tu dzisiaj pośród nas, gwarzą, pozdrawiają tę chwilę uśmiechem, i obecnością swoją tutaj świadczą, jak skromnie wypada pieśń pisana o życiu, gdy życie jest bogatszym pieśni wyrazem. Każde z nich z osobna przebył setki dróg, ale jedną przemierzali wspólnie. Ten wysoki, barczysty mężczyzna, o kruczej czuprynie i krzaczastych brwiach, to autor owego listu, który wywołał ciąg nowych zdarzeń w przyjacielskim kręgu – Szałwa Babunaszwili. Ci dwaj obok niego, którym siwizna gęsto przyprószyła już włosy, to jego starszy towarzysz broni i bojowych szlaków partyzanckich, od Lipy po nadbużański Brześć. – Szałwa Kobiaszwili, obecnie pracownik naukowy muzeum w Tbilisi, i Lewan Hamcemlidze, dziś już emeryt. Tych dwoje ludzi, którzy dalej zwą ciepło Babunaszwilego zdrobniałym „Szalikó”, to Tadeusz Podbielski, od wyzwolenia ziemi nad Nysą, powiatowy lekarz weterynarii w Międzyrzeczu Wielkopolskim, i jego żona Zofia, działaczka społeczna i radna swojego miasta. Do nich to z takim zaufaniem zwracał się kiedyś Babunaszwili i im powierzał nadzieje oraz losy swoich współbraci. Po raz drugi już spotykają się państwo Podbielscy ze swym przyjacielem. W pażdzierniku bawili w Gruzji na jego zaproszenie. Krąży wśród obecnych album pamiątkowych zdjęć z tej gościny w ojczyźnie Szalikó. Krążą też z rąk do rąk dwa piękne puchary z rogów oprawionych w srebro, otrzymanych w darze wedle tamtejszej tradycji, która tak nakazuje obdarzać tylko wypróbowanych przyjaciół. Na rogach wyryto napis: ”Towarzyszom broni, Zofii i Tadeuszowi Podbielskim w dowód wiecznej przyjaźni od Szałwy Babunaszwili. Tbilisi – Cchałtubo. 1943 – 1964”. Więc zgodnie z tradycją pijemy wino z tych rogów za tę przyjaźń naszych drogich gości, za braterstwo między naszymi narodami. Goście są jakby onieśmieleni świątecznością tego spotkania. I wtedy rozumiemy, że to nie my ich, lecz oni sami odnaleźli siebie, gnani siłą uczucia, co się zwie przyjaźnią. Gdzie zapachniało wolnością Podążyli potem w pięcioro na zachód, w Zielonogórskie. Przyjmowano tam radzieckich druhów tak szczerze, że niewiele zostało im czasu na tę rodzinną wizytę u doktorostwa Podbielskich. Ciasno było od spotkań z mieszkańcami wsi, wojskiem i młodzieżą. Znaleźli się wreszcie w sławionej partyzanckimi dziejami Kielecczyźnie. Jedno miejsce jak magnes ciągnęło gruzińskich przyjaciół – owa cicha wieś kozienicka – Lipa! Tu wołały ich wspomnienia, aby raz jeszcze spojrzeć w twarze tych wszystkich ludzi, którzy wzięli na siebie odpowiedzialność za szczęśliwą drogę wychodzących z Lipy zbiegów. Raz jeszcze chcieli uścisnąć im dłonie – znanym i nie znanym z imienia. Kozienice, o które zahaczają mili przybysze, nie chcą łatwo wypuścić swych gości. Więc oni niecierpliwią się, aby jeszcze za dnia zdążyć do celu i ogarnąć spojrzeniem znany sobie zakątek, gdzie rozpoczynał się ich szlak w nieznane. Jedziemy okrężną drogą przez Puszczę Kozienicką. Koło Rogóżka Szałwa Kobiaszwili macha gwałtownie ręką – prosi o zatrzymanie samochodu. Wychodzimy wszyscy. Piotr Mikos, ów przewodnik Gruzinów sprzed laty, kiwa potakująco głową. W tym właśnie miejscu zdecydowali się Kobiaszwili i Hamcemlidze wyskoczyć w biegu z samochodu niemieckiego, gdy wywożono ich z Lipy za to, że za często gadali z Podbielskimi. Sosenki, które tu teraz rosną, były wtedy małymi choinkami. Zdołali uciec. Opodal płynie Radomka. Daleko za nią, na skraju wysokopiennego lasu, widać leśniczówkę Mostki. Tam przygarnął ich i przechowywał leśniczy. Nikt już nie wie jak się nazywał. Rozstrzelano go za ukrywanie zbiegów, gdy ci już byli daleko. Szukamy jeszcze pewnej kobiety, która doprowadziła ich do tej leśniczówki i wspierała słowem i chlebem. Pamiętają tylko, że wołano ją Marią. Ślad po niej zaginął. Ruszamy dalej. Opowiadają nam obaj w drodze, że znajdowali się w pierwszej uciekającej grupie, liczącej sto kilkadziesiąt osób, dołączyli do niej z tej leśniczówki. Grupę tę również prowadził Mikos. I wreszcie Lipa! We wsi, przed lichymi szczątkami dawnego dworu, wita przyjaciół wzruszony Antoni Lipiec, były żołnierz BCh, któremu organizacja kazała podjąć pracę w niemieckim majątku. To właśnie on odezwał się pierwszy na apel naszej redakcji. Jak bracia obejmują się przyjaciele. Babunaszwili dopiero teraz wie, że ten człowiek, z którym nigdy słowa nie zamienił, a którego tak często spotykał mimochodem w majątku, że to on jest ową nieznaną postacią, zawsze pozostającą w cieniu, co łączyła organizacyjną nicią ich sprzysiężenie z ludźmi, którzy mieli im pomagać dalej. Trwa potem wspólne zwiedzanie starych zakątków. Cała niemal wieś tłumnie asystuje tej wędrówce. Raz w raz przystępuje ktoś do Babunaszwilego, ściska mu ręce. Rozpoznał kogoś w tłumie. Cieszą się ludzie i dziwią tej pamięci. A potem zmierzch wygania nas spośród tych kątów, przeinaczonych już upływem czasu. Teraz tutejsza dziatwa podejmuje z przejęciem byłych leśnych żołnierzy, o których uczy się z cienkiej szkolnej książki. Wita ich melodyjna pieśnią radziecką w murach swej nowej szkoły, której kiedyś w ogóle tu nie było. Babunaszwili pamięta, że pani Zofia potajemnie uczyła chłopskie dzieci w co raz to innej chacie. Już po uroczystości. I jeszcze lampka wina wśród nauczycieli. I relacja o tylu zmianach zaszłych w tej wsi od tamtego czasu, który odżywa dzisiaj tylko jako tło dla wspomnień i dla teraźniejszości. Noc zapadała nad Głowaczowem, gdy wchodziliśmy do sali kina wiejskiego na spotkanie z mieszkańcami osady, Nie mogła pomieścić tych wszystkich, którzy ściągnęli do niej, aby słuchać opowieści o narodzinach ludzkiej przyjaźni w tej znanej, sąsiedzkiej Lipie, o jej dziejach, jakby wyjętych z przejmującej księgi. Prosto mówią o tym ci ogorzali ludzie przybyli z tak daleka, oszczędnie wspominają o swojej roli ich polscy przyjaciele. „Sto lat” rozbrzmiewa chóralnym grzmotem. Przed oczyma zebranych przewinął się film żywy. Jaśnieje ten wieczór pięknym symbolem. Ta spójnia, godna podziwu i szacunku, łącząca synów dwóch ojczyzn, uprzytomnia nieocenioną wartość tych niezliczonych, osobistych związków braterskich łączących radzieckich i polskich patriotów. Tysiące podobnych Babunaszwilich, Kobiaszwilich, Podbielskich, Lipców, Mikosów - żołnierzy w mundurach i bez mundurów, na froncie i na tyłach wroga, wspomagających się w walce o jedną, wspólną sprawę – zapisały surowe dzieje. Prości ludzie wypełniali swój święty obowiązek i milczeniem okrywali swe czyny. Nie zabiegali o to, by o nich mówiono. Ci sami ludzie, po tej i tamtej stronie Bugu kopią węgiel, kładą rurociągi, budują statki, sieją zboże = też dla wspólnej sprawy. I dalej trwają ich szlachetne, przyjacielskie związki. I każdy z nich jest godnym ambasadorem braterskiej spójni między naszymi narodami. A ich wspomnienia o wspólnie przemierzonej drodze są wiecznie świeżym bukietem, który nieustająca pamięć składa u kolebki uczucia, najbardziej z ludzkich uczuć ludzkiego. „Do swidania, druzja!” Port lotniczy na Okęciu tonie w lekkiej, porannej mgle. Grudniowy dzień niedzielny nic nie ma w sobie z zimy. Ni śniegu w nim, ni mrozu. W poczekalni przed komorą celną i paszportową coraz tłoczniej. Zapalają się lampki sygnalizacyjne z nazwami obcych miast i godzinami odlotów. Dla pięciorga przyjaciół nadchodzi pora pożegnania. Gruzińscy goście odlecą niebawem do Moskwy, a z niej do swego pogodnego kraju. Z głośników padają nazwiska wywoływanych pasażerów. Potem rozlega się komunikat: Moskwa z powodów technicznych nie przyjmuje samolotów aż do odwołania. Przyjaciele nie wydają się zasmuceni – jeszcze im trochę czasu pozostawia przypadek na wspólną gawędę. Obok nas przeciskają się cudzoziemcy z Zachodu, powracający z polowań dewizowych. Taszczą poroża jeleni. Ćmią grube cygara i żywo rozprawiają o myśliwskich dreszczykach. Jakiż kontrast z tym, co wywożą z polskiej ziemi nasi trzej przyjaciele! Przypomina się „tamada”, ów róg przyjaźni, co krążył z rąk do rąk w braterskim toaście. Siedzimy w sali restauracyjnej i sączymy „czaj”. Jeszcze odżywiają obrazy, tłoczą się myśli, padają słowa. Wiedzie nas Piotr Mikos – jak ongiś ich wiódł - drogą z Grądów do Garbatki. „Koło Augustowa dostaliśmy chleb” – podpowiadają. Oglądamy stajnię w Rudce, na Lubelszczyźnie, w której ukrywał ich stajenny. Wysiadamy za Dęblinem na stacji kolejowej Wygoda, gdzie brali udział w rozbiciu niemieckiego transportu. Zwiedzamy pole bitewne pod Ochożą, gdzie walczyli wspólnie z polskimi partyzantami pod dowództwem ówczesnego płk. Moczara... Wszystko to przesuwa się już w wyobraźni... I nagle budzi nas metaliczny glos dochodzący z głośnika. „Pasażerowie do Moskwy proszeni są na odprawę celną”. Żegnamy się. Pojutrze Babunaszwili zamknie dzień obrachunkowy sanatorium „Szachtior” w Cchałtubo. Kobiaszwili znajdzie się w tbiiliskim muzeum. Doktor Podbielski przyjdzie na odprawę służby weterynaryjnej. Pani Zofia zajmie się czyjąś sprawą w Komitecie Opieki Społecznej. A Hamcemlidze będzie snuł wnukom opowieść o swej podróży do kraju za rzekami, za lasami. - Do swidania, druzja! – mówią chórem towarzysze. - Do widzenia – odpowiadamy. Znikają w drzwiach. Jeszcze tych kilka minut. Już huczą motory. Srebrny „IŁ” sunie na pas startowy. Mknie po nim. Znika. A z nami zostaje śpiewnie brzmiąca w uszach strofa wiersza: ”...Pieśń nową
Złożyło nam życie! I składa, i składa, I naprzód nas gna! - Grenada Grenada, Grenada, maja!” |
|||
| |
Włodzimierz Olszewski | Zapisz rtf |
|