POLITYKA Logo 25-01-1975

KRAJOBRAZ Z DWUGŁOWCEM


Tak wchodzi się do wróżki, do zielarki, handlarza antykami, no wiecie, do tych facetów i facetek, których zajęcie nie pozwala na wywieszenie tabliczki na drzwiach. Przepraszająco, potykając się o słowa wyjaśnicie cel wizyty. Zostawicie płaszcz na wieszaku  z korytarza w lewo wejdziecie do gabinetu.

1. ZWIERZĘTA. Doktor na zebraniu ZBoWiD, więc zanim przyjdzie, sprawy służbowe załatwia tutaj doktorowa. Za stołem siwa kobieta z doniesieniem na sąsiada co leje kozę: - Co on, pani prezes, z tym bydlęciem wyprawia - petentka ogląda się szybciutko, nerwowo, zniża głos - dzieci widziały: Sadysta, a jak wypije to i zboczeniec.
- Trzeba sprawdzić; na razie zapisujemy - doktorowa pisze, cóż, ludzie potwory żyją między nami.
Siwa od kozy wyekspediowana do drzwi, siadamy przy okrągłym stole, o pracy społecznej pogadujemy. Społecznie udziela się, od powojny, o, tu na przykład dyplom za wkład w fundację sztandaru ORMO. Zwierzęta kocha, zgadza sio. Swojego czasu załatwiła nawet w
Ministerstwie Komunikacji prawdziwy wagon dla bezpańskich psów. Z bocznicy w Z. te kilkadziesiąt ton przy wiózł do N. czołg, pożyczony wraz z obsługą od wojska. Potem trzydziestotonowy dźwig (zaprzyjaźnieni budowlani) przeniósł pulmana za płoty (zaprzyjaźniony tartak). Finansowali doktorstwo z własnej, rzecz jasna, kieszeni. Spektakularne efekty starań na nic się zdały. Sąsiedzi o chłodnych  sercach i czułych nosach wyrazili sprzeciw. Poparła ich architektura, pod nieobecność doktorstwa zapadła decyzja. Pulman został na łączce za ich różowym domkiem, nieodwołalnie wrośnięty w gąbczastą ziemię. Żywy pomnik szlachetnego kaprysu, mówią w miejskim urzędzie. - Nie żywy, zabity deskami, bo ludzie kupy robili w środku. Miasto nie stanęło na wysokości zadania - doktorowa już przebolała.

Z pola przegranej bitwy wracamy do okrągłego stołu.
Skończyła Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu w 1964 r. z wynikiem dobrym w zakresie historyczno-filozoficznym. Dwa lata to trwało.
Ale zawsze lubiła konkretne zajęcia. Na przykład jako radna podpisywała zarządzenie w sprawie oszczędzania wody i ono było rozwieszane w całym mieście. W czasie wojny też oboje gdzie mogli konkretnie pomagali. O tu właśnie te zdjęcia, z Gruzji. I gazety....Strasznie serdeczni ci Gruzini. Ich mało jest, więc jak się kogoś ocali całe życie pamiętają. Reportaż TASS o polskich „drugach", którzy z narażeniem życia organizowali ucieczki radzieckich partyzantów z niewoli. Na ciężkiej komodzie - prezenty, pamiątki w kilku wzorach, w drzewie, w papierze, masie plastycznej, metalu. Róg, z którego na znak przyjaźni pili z Gruzinami słodkie wino, miniatura twierdzy brzeskiej (z plakietką , Briestskaja Kriepost Gieroi - Zofii i Tadeuszowi Podbielskim") i klucz do niej, symboliczny, oczywiście... - Nie do uwierzenia może, ale tam, na południu, kapaliśmy się w sanatorium w tej samej łazience co Roosevelt, Churchill i Stalin!  Stamtąd właśnie jest ta ozdobna szklaneczka. Ten obraz nad komodą? Mąż wyobrażony przez znajomą malarkę jako dobry pasterz, co leczy owieczki. Bardzo wysoko pod samym sufitem stylizowany polski orzeł w drzewie.



2 WYPISY Z HISTORII.  Ach, prasa?
Tadeusz Podbielski rocznik 1903, doktor nauk weterynaryjnych, dyplom doktorski WSR we Wrocławiu w r. 197D,
- ... Oczywiście, zaraz wmontujemy rozmowy w plan zajęć na dziś, jutro, pojutrze.
A więc pojadę na wycieczkę w miejsce uświęcone krwią, do muzeum, do Izby Pamiątek, wezmę udział w akademii, a nade wszystko pokocham miasto N., władze, ludność i okolice. W plebiscycie Banku Miast będę na N. głosować, tu, o, mam odpowiedni druczek. Szkoda, że nie przyjechałam wcześniej. Doktor zorganizował dla młodzieży i weteranów wyjazd szlakiem II Armii, tam gdzie forsowano Odrę, poza tym Cedynia, pomnik Mieszka.

Z przeszłości naszej doktor daje nieoczekiwanego nura w teraźniejszość. - Pali pani? - Nie... - Papierosy to jest największa zakała ludzkości. Zło, łotrostwo. Proszę... (O rany. Na podniszczonym od pokazywania zdjęciu - dziecko z ohydnym bąblem w plamy, na trzy czwarte twarzy). - Rodzice zbrodniarze! Paliła jak była w ciąży !

Wracamy do przeszłości.
Po wojnie był jedynym weterynarzem w N. - Lata niepewne, ludzie napływowi; praca w dzień i w noc... Mnóstwo krów łamało nogi i zdychało z głodu i to stojąc w soczystej trawie po pas. Posłał próbki ziemi do analiz. Okazało się - całkiem brak zwłaszcza niektórych elementów manganu, kobaltu, miedzi.
Doktorowa wsadza głowę w drzwi: -Przyjechała pacjentka z Poznania po maść dla cioci w Gdyni, no wiesz, znamię na nodze, jest lepiej po pierwszym pudełku. - To daj jej drugie - odkrzykuje doktor przez przedwojenny metraż i już wskakujemy z powrotem w początek lat pięćdziesiątych. Sprowadził - na próbę sole miedzi, kobaltu, manganu ze składnicy w Gliwicach, dobrał proporcje, zrobił lekarstwo. Jego pierwszą pacjentką była stara suka z rakiem sutka wielkości gęsiego jaja. Po tygodniu z jaja gęsiego zrobiło się kurze, po miesiącu suka wydobrzała. - Chciałem to wypróbować na krowach, ale bałem się, że w razie czego powiedzą: sabotaż, więc najpierw zażyliśmy oboje z żoną. Nic. No to po kryjomu chorej krowie. Pomogło. Owcom. Pomogło. Ustaliłem dawkę: co dla krowy to krowie, co człowiekowi, to bardziej sterylne. Ludzie w n-skim powiecie też nogi, ręce łamali... Chyłkiem dawał ludziom. Pomagało.

- Podchodziłem do tego nie materialnie, tylko z obywatelskiego poczucia ważności, że tę ziemię znowu obejmujemy. Ludzki amalgamat spoić można sukcesem, zdrowiem, pomyślnością. Tak myślałem. Moim laboratorium był cały powiat, roślina, gleba, zwierzę, człowiek - jeden kompleks: No i jak ci ozdrowieńcy zaczęli rozpowiadać.... Łańcuszek poszedł, sława zaczęła wracać do mnie bez mojego mechanizmu nakręcania:

3. KONTAKTY.
Ten stos teczek to do rozmowy z wiceministrem Grendą z resortu zdrowia. Doktor chce przedstawić pewne pomysły Komitetowi do Walki z Rakiem. Bo też kogo nie próbował przez te 25 lat zainteresować swoimi metodami i miksturami! Gdzie nie stukał !?

W końcu lat 50-ych Instytut Onkologii w Gliwicach już, już miał zaczynać doświadczenia na myszkach. Nie wyszło. Myszka kosztuje 20, 30 zł, trzeba ich wiele tysięcy. Kosztuje aparatura, ludzie, czas. A tu rzecz niepewna. Niby doktor ale weterynarz. Wyniki może i ma - ale kartotek nie prowadzi.

Akademie medyczne, instytuty. Pisma urzędowe. Znają go onkolodzy, biochemicy, biolodzy z całej Polski, bo publikuje swoje prace w biuletynach Polskiej Akademii Nauk.
Listy dziękczynne. Zaproszenia na konferencje. Polskie Towarzystwo Przyrodnicze, Bioelektroniczne, Stowarzyszenie Elektryków Polskich, Komisja Automatyki i Pomiarów, o to interesujące - doradza doktor. Czytam program: Kolega Tadeusz Podbielski podzieli się poglądami na temat wpływu bioprądów na życie ludzkie. - Oddziaływanie. Masaż psychotroniczny.

W najciekawszym miejscu znów głowa doktorowej w drzwiach. Kotusiu, dwie panie, jedną połamało... - O, świetnie się składa, zaraz coś pokażę...

4. EKSPERYMENT. Wchodzi wiejska kobieta w chustce, zgięta w pół, wykrzywiona z bólu, narzekająca. Doktor każe siadać i się skupić.

A teraz proszę patrzeć,  obiektywnie - to w moją stronę. Przez kilka minut, nad trochę przerażoną, wciśniętą w fotel babiną panadoktorowe ręce odprawiają rytmiczny, szybki taniec. - I co czujecie, moja kobieto?
- Mrowienie jakieś, panie doktorze (z emocji, myślę sobie, normalne). - Wstańcie i odwróćcie się tyłem. Znowu dziwne ruchy głaskająco - strzepujące nad plecami. - Co teraz czujcie? – Jakby ciarki w dół spływały, po łopatkach, teraz  za przeproszeniem pana doktora w okolicy kiszki stolcowej po nogach, teraz - rozprostowuje plecy. - No co teraz czujecie?
- A nic - kobieta z osłupieniem w oczach odwraca głowę - przestało. - E, nie oszukujecie mnie? To zróbcie przysiad. Niepewnie, ale skutecznie przysiad jest wykonany. Boki? - Nie, nic - jąka obiekt eksperymentu, maluczko, a buchnie doktora w mankiet.
Hm. Głupia sprawa. Nic nie piłam, w duchy nie wierzę, -światopogląd mam słuszny, życie jest formą istnienia białka. Żeby tak mnie coś bolało, ale nic, jak na złość, odpukać. Więc nie mogę, jak Wiktor Osiatyński, który poszedł jako pacjent do filipińskiego maga wykazać się , zawodowym poświęceniem.

Łapiemy przerwany wątek. - No więc o tym właśnie opowiadałem na odczycie u elektryków. U profesora Kotowskiego na Politechnice Warszawskiej i u profesora Aleksandrowicza w Krakowskiej Akademii Medycznej od pacjentów dzielił mnie parawan. Albo nawet płyta ołowiana, żeby nie było mowy o sugestii, albo symulacji. Efekty identyczne.
Podobne eksperymenty przeprowadzał wraz z naukowcami - inżynierami na WAT, tam są czułe przyrządy. Stawiali pacjenta twarzą do aparatu, doktor oddziaływał z pewnej odległości. Wskazówka wyraźnie przesuwa się. Bóle uspokajały. Czy pan ma jakieś specjalne właściwości, doktorze?
- Każdy ż nas ma głos, ale nie każdy jak Kiepura. Można drugiemu dać swoją krew, dodać otuchy, nadziei; można mu udzielić swojej energii? - jak to nazwać? Ja nie wiem... Człowiek szczęśliwy łatwiej doda otuchy drugiemu, zdrowy, wesół - ma więcej energii do przekazania. Niejednoznaczne? Tak. Ale po co uczeni na świecie, jeżeli liczy się to tylko, co jednoznaczne? Jedni mówią o mnie: cudotwórca, drudzy: szarlatan. Jakby nie było nic pośredniego.

5. UCIECZKA. Pisano o doktorze, wyłącznie pozytywnie zresztą, razy kilkanaście.
Największy rejwach zrobił się po entuzjastycznym artykule „Kim jesteś, doktorze P?" zamieszczonym w połowie lat 60-ych w dzienniku wojewódzkim.
Na drugi dzień przyszło 50 osób z okolicy. Na trzeci - kilkaset z sąsiednich powiatów. Czwartego dnia bity tłum szturmował do bram różowego domku. Kiedy ukazywał się w drzwiach - ludzie padali na twarz, ale i nacierali, żądając cudownej mikstury i licznych oddziaływań. Tylnym wyjściem, z teczuszką pod pachą, osłaniając twarz kołnierzem wymykał się co rano do pracy.
Wytrzymał tak tydzień. Potem wziął 3 miesiące bezpłatnego urlopu, żonę, dwie zmiany bielizny i uciekł, nie podając adresu.
Po N. poszedł hyr, że doktora porwano. Tymczasem w Warszawie schronieniem mu był Dom Chłopa. Pisał elaborat do ministra zdrowia, ona przepisywała na maszynie.

Minister Bednarski kazał siadać, powieści wysłuchał, adres przeczytał. Pokiwał głowa, dał nadzieje. Zaprosił na następny seans za dwa miesiące. Krótko potem zmarł. Zawał. - A nas życie ścigało - mówi doktorowa: - Ot, siedzę w tym Domu Chłopa, a tu łup, łup do drzwi. Bardzo ważna osobistość. Szukał nas w N., bo mu preparat wyszedł, a my w Warszawie utajnieni. On sam bierze, żona jego, gosposia i kuzyn.

Po trzech miesiącach zrozumieli, że muszą wrócić. Babie spod Grudziądza można wmówić, że pomyłka telefoniczna. Ale kiedy w słuchawce odzywał się wielki dyrektor, a w ślad za telefonem nadlatywał samolot dla przemieszczenia osoby doktora, razem z jego właściwościami i fiolkami, do odległego o 500 km miasta - trzeba było milczeć, siadać i lecieć.
Zanim wrócili - zajechał do wojewódzkiego prokuratora. Prosić o taki papier: „Zabrania się doktorowi leczyć ludzi". Pieczątka. Podpis. Oczami duszy widział papier wywieszony na drzwiach swojego domu. Spokój. Ale prokurator nie mógł nic takiego wydać.

W 1967 r. drugi raz atakuje swoimi rewelacjami Ministerstwo Zdrowia. - Tylko przykrości się najadłem. Profesor W. J. kazał mi pilnować bydła i nie wtykać nosa w ludzkie sprawy. Ba! Czy ja mogłem pozostać już tylko weterynarzem?

6. PROCES. Panadoktorowe bieganie do prokuratora po obronę było prorocze. W 1967 r. do sprawy wkracza MO. W dniu, który pani doktorowa spędziła jako żywy zastaw w areszcie - doktor odwiedzał szpital dla nieuleczalnie chorych w Wyrozębach. Do dziś wśród drogich sercu pamiątek przechowuje oficjalne podziękowanie dyrektora szpitala za specyfik ofiarowany chorym. Z informacją, że wielu z nich lżej teraz znosi cierpienia.

Zaraz po Bożym Narodzeniu sąd umorzył postępowanie przeciwko drowi Podbielskiemu, oskarżonemu o to, że nie posiadając uprawnień trudnił się leczeniem ludzi, i o to, że sprzedawał leki. Uzasadnienie orzeczenia było w istocie panegirykiem na cześć oskarżonego. Bo: działał bezinteresownie, kierował się względami humanitarnymi, zresztą lekarze wystawiali recepty z jego adresem i nazwiskiem. Nadto każdorazowo doradzał chorym korzystanie ze społecznej służby zdrowia, traktując stosowane przez siebie środki jako czynnik pomocniczy. Nie czynił też starań, aby pozyskać chorych (Ba! - komentuje doktor - toż uciekałem przed nimi. Co prawda z wyrzutami sumienia). Nie było jego winą, że podanie sensacyjnych wiadomości w prasie spowodowało olbrzymi napływ ludzki i to nie tylko nieuświadomionych ale piastujących wysokie stanowiska naukowe, wojskowe i inne. Dalej sąd punktował: zasługi wojenne, działalność społeczna (radny miejski, powiatowy, wojewódzki) oraz odznaczenia: medal za zasługi w rozwoju województwa, Odznaka Tysiąclecia, Medal X-lecia, - Krzyża Kawalerskiego nie widzę...
- A, bo go później dostałem uspokaja mnie doktor.
W trakcie śledztwa położono areszt jeszcze na 1019 listach. Szukano śladów szwindli finansowych i pogróżek od rodzin potrutych.
- Gdybym ja kogoś otruł to i bez tego procesu bym siedział... A forsa? Od nikogo nie żądam. Ani jednej paczuszki z preparatem za zaliczeniem nie wysłałem (wysyła około pięćdziesięciu tygodniowo), biorę co ludzie zostawiają. A co mam robić?

7. GŁ0SY OFICJALNE. Kilka lat temu od władz miasta wyszło, ale nie zostało wysłane pewne pismo. Zwracano się do władz centralnych o przyjęcie i wysłuchanie dra Podbielskiego, który w pracy osiągnął nadzwyczajne rezultaty, o czym świadczy szereg uleczonych osób, ogromna ilość wyrazów uznania od ludzi prostych i wielu znaczących w naszej medycynie. Dotychczas jednak mimo szerokiego rozgłosu... nikt z resortu zdrowia nie zajął określonego stanowiska w tej sprawie. Prosimy... o zainteresowanie się preparatem...
Ja się temu sprzeciwiłem - wytłumaczył mi doktor. - To jest w złym guście wywierać nacisk administracyjny na naukę. Gdyby ktoś musiał k a z a ć naukowcom coś. Ich muszą przekonywać, argumenty praktyczne, nie odgórne. A nauka to przecież sprawdzanie zupełnie nieprawdopodobnych hipotez.

Naczelnik miasta: - Lekarzy naszych w kozi róg zapędził. Pewno, grosz niewąski sobie poskładał, ale gdyby nie żona, to by nagi i bosy chodził. Inny ze trzy wille, ze trzy taksówki by sobie kupił, A on daje ciągle - na ZBoWiD, na dom dziecka, a ci weterani pod pomnik Mieszka, to jak pani myśli, za czyja pieniądze pojechali?
Inny przedstawiciel władz- miejskich. - Dobroczyńca, można powiedzieć. Kto do mnie przyjedzie z województwa, albo nawet z centrali załatw - mówi - te wiesz, mikroelementy. Dzwonię i pan doktor nigdy mi jeszcze nie odmówił.

8. AKADEMIA. Krew i ból i czar nas przenikają w całym, życia biegu, - śpiewała panienka -w części artystycznej. Antrakt - część akademii koktajlowa: życie towarzyskie, żarty, doktora wszędzie pełno, ZBoWiD, stronnictwa, red. Miroszowa z TV, działacze młodzieżowi - szybkie, spazmatyczne rozmowy. Doktorowa woli odpocząć po przemówieniach, przed dalszymi występami, w czarnej sukni, skromna, godna, elegancka. Koniec przerwy. Aż żal wracać do swoich rzędów.
W rzędach usadzali porządkowi. W pierwszym - dostojnicy powiatowi i miejscy, przywódcy stronnictw, redaktor Miroszowa, oraz najważniejsi goście z NRD. W drugim - zastępcy dostojników, reszta gości zagranicznych. W trzecim - sami rozsadzający, szefowie młodzieży, doktor, doktorowa, najzasłużeńsi weterani. Tuż za nimi - zielonkawoczerwone rzędy mundurów, żywiołowo reagujących na pop-music („Trojka" - trzykrotny bis) i na Majakowskiego (Jednostka bzdurą, jednostka niczym). Nagłośnienie takie że Sala Kongresowa wysiada. Doktor hałasem zdegustowany, ta cywilizacja nas zabija! Doktorowa waty zapomniała, zawsze na takie imprezy zabiera watę, kiedy uszy dobrze się zatka, to muzyka robi się taka... przyjemniejsza.
Oklaski, brawo, bis...
***
Podczas transmisji telewizyjnej z N. - wśród dostojników powiatowych w pierwszych rzędach - doktor. Stał skromnie, z boczku, fizyczno-duchowy współtwórca sukcesu miasta, ocierając łokieć o fotel naczelnika. Siwy jak gołąbek, rumiany, uśmiechnięty. Nikt nie zgadnie, ilu jego pacjentów głosowało tego dnia w Banku Miast na N. Ilu jest ich w ogóle?

Na suchotniczym wieszaku w gościnnym domu doktorstwa wśród szalików i czapek - leży podwójny czerep cielaka. Biedak urodził się w postaci nietypowej. Nie mógł żyć, niestety. Zresztą  - czy gdziekolwiek na świecie udało się utrzymać przy życiu dwugłowy fragment rzeczywistości?




Marta Wesołowska. Zapisz
rtf
Archiwum dr. Podbielski