Sztandar Ludu Logo 7-8.XII.1964

Po wielu latach.


W lipcu bieżącego roku  obchodziliśmy XX-lecie wyzwolenia Brześcia. Na święto to brześcianie zaprosili byłych żołnierzy, którzy w latach wojny wyróżnili się w walce z okupantem. Gośćmi brześcian byli tacy ludzie jak były dowódca dywersyjnej grupy partyzanckiej Szałwa Serapienowicz  Babunaszwili, obecnie główny buchalter chałupskiego sanatorium „Szachtior” w Gruzji, jego towarzysze broni Szałwa Ilicz Kabinaszwili i Lewan Radżenowicz Gamcamlidze. Tow. Kabinaszwili jest obecnie naukowym współpracownikiem muzeum w Tbilisi, a tow. Gamcemlidze emerytem. Byli oni w przedsiębiorstwach Brześcia, spotkali się z robotnikami, inteligencją pracującą i kołchoźnikami, opowiadali o dniach bohaterskiej walki i o tym jak układa się ich życie obecnie.

Oto Szałwa Babunaszwili. Wojna zaskoczyła go w rejonie Libawy pod Rygą. Był wtedy sierżantem, pomocnikiem dowódcy plutonu. W pierwszych dniach walk został ciężko ranny. Trafił do szpitala w Mitawie, a potem do niewoli. Zaczęły się dni ciężkiej biedy na obcej ziemi. Konigsberg, potem obóz w Białej Podlaskiej. Stąd został przetransportowany pod Radom, a potem do niemieckiego majątku w Lipnie. Tęsknota za ojczyzną, zawzięta nienawiść do wroga zmusiły Babunaszwili szukać wyjścia z tej sytuacji. Z grupą towarzyszy postanowił dokonać ucieczki. W czasie przygotowania ucieczki poznał polskiego lekarza weterynarii Tadeusza Podbielskiego, który także pracował u ziemianina. Razem opracowali plan ucieczki jeńców. Podbielski w oznaczonym czasie zorganizował hulankę, na którą zaprosił Niemców strzegących majątku. Kiedy goście porządnie popili, Babanaszwili ze swoimi kolegami cicho weszli do pokoju „stróżów porządku” i wzięli broń. Następnie wpadli do sali. Gdzie jak mówią wino lało się strumieniami. – Ręce do góry!

Rozkaz był wykonany. Podbielski zgodnie z wcześniejszą omową podszedł do Babunaszwili, zaczął mu wymyślać i zażądać złożenia broni. Kiedy lekarz weterynarii podszedł całkiem blisko, Babunaszwili dla odwrócenia uwagi Niemców kopnął go i zwalił na podłogę. Niemiecki oficer korzystając z zamieszania próbował uciekać przez okno. Ale celna kula ugodziła go śmiertelnie. Z karabinem maszynowym, pistoletem automatycznym i paczką granatów jeńcy uciekli na wschód. Przy pomocy przewodnika Piotra Mikosa przeprawili się przez Wisłę, a następnie przeszli w lasy parczewskie do partyzantów. Stąd po kilku walkach grupa przeprawiła się przez zachodni Bug w rejon Domaczewa, gdzie włączyła się do oddziału partyzanckiego im. Woroszyłowa, z brygady im. Lenina. Tow. Babunaszwili został komendantem dywersyjnej grupy. Jako partyzant w wielu bojach przejawił on dzielność, odwagę i męstwo. Walczył na Białorusi, Ukrainie i w Polsce. W jedne z walk, o strażnicę nad Bugiem w powiecie włodawskim, został ciężko ranny. Przyniesiony przez współtowarzyszy do lasu wyleczył się i znów wrócił w szeregi walczącej partyzantki. Po wyzwoleniu bezskutecznie szukał swego polskiego przyjaciela, dzięki któremu udało mu się wraz z grupą innych towarzyszy zbiec z hitlerowskiej niewoli.

Ostatnio szczęście się uśmiechnęło. Oto list żony lekarza  weterynarii, Zofii Podbielskiej, jaki latem br. otrzymał: „Drogi Przyjacielu!  Jesteśmy bardzo radzi, że po tylu latach odnaleźliśmy się, że z ciężkich walk wyszliście z życiem i zdrowi. Z mężem często Was wspominaliśmy. Ciągle wspominam Waszą groźną twarz, kiedy to ze zdobytą bronią weszliście  gdzie jedliśmy kolację. Ryzykowaliście wtedy życiem. Udało się Wam uciec. Po wielu tygodniach otrzymaliśmy od Was pozdrowienia i wiadomość, że jesteście żywi i zdrowi. Bardzo cieszyliśmy się tym. Nam także było ciężko. Jakoś to przeszło, ale mogłoby być bardzo źle. Nam wiele pomógł  cywilny Niemiec – pamiętacie Go? (Grupa Babunaszwili specjalnie zostawiła  go na świadka, żeby było komu bronić Podbielskiego przed SS-manami – uwaga J.Cz.) Kilka lat temu przyjechał do Polski wasz minister Kikur. U nas wtedy były Dni  Gruzji. Napisałam do niego list, w którym prosiłam, żeby pomógł Was odnaleźć. Ale list wrócił z dopiskiem „adresat nieznany”. Widocznie ktoś poplątał. Zamierzałam pisać do ambasady radzieckiej w Warszawie, albo prosto do Moskwy. Lecz wyście mnie uprzedzili. Nam będzie bardzo przyjemnie, będziemy bardzo radzi, jeśli przyjedziecie do Polski. Zapraszamy Was do siebie. Przepraszam, że piszę tylko ja. Mój mąż znajduje się obecnie w sanatorium w Kudowie. Wczoraj otrzymałam od niego list. On pisze, żeby do Was jak najszybciej wysłać list. Chciałam z Wami rozmawiać przez telefon, nie udało się, ponieważ nie mogli Was znaleźć.

Przepraszam, jeśli napisałam cośkolwiek niedobrze. I napiszcie nam dokładniej o sobie i o swoich towarzyszach.
Czy wszyscy są żywi?
Przekażcie im od nas pozdrowienia.
Oczywiście pozdrawiam Was serdecznie w imieniu własnym i męża.
Zofia Podbielska,
Polska,
Międzyrzecz Wielkopolski,
ul. Staszica 5.”


J. Czerniawski Zapisz
rtf
Archiwum dr. Podbielski